2. Chodzący.
Cała szkoła brzmiała wiadomościami o zniknięciu ciała historyka zmarłego dwa dni temu. Niektórzy uważali to za głupi żart, plotkę, którą ktoś rozpuścił, inni za okropną zbrodnię. Im więcej o tym słyszałam, tym bardziej upewniałam się w stwierdzeniu, że to tylko głupia pogłoska. Aż do trzeciej godziny lekcyjnej.
Zabrzmiał dzwonek na lekcję i wszystkie rozmowy umilkły, a uczniowie ustawili się w ławkach, cicho czekając na przybycie nowego nauczyciela historii, kt?óry zastępować miał pana Fogga. Dwie minuty po dzwonku, drzwi klasy uchyliły się bardzo wolno. Usłyszeliśmy sapanie, prawie że powarkiwanie. Nasza sala znajdowała się na 4 piętrze, więc jeżeli nauczyciel biegł po schodach, mógł się zmęczyć. Jednak przez drzwi nikt nie wszedł, słychać było tylko oddech nauczyciela. Nagle blada ręka złapała farmugę drzwi. Pod cienką jak pergamin skórą widać było chyba wszystkie żyły. Nierównym krokiem do sali wszedł nauczciel. Tylko, że nie taki, którego ktokolwiek mógł się spodziewać. Pan Fogg.
Na wszystkich twarzach znajdujących się w klasie malowało się zdziwienie mieszające się ze strachem. Fogg półwłócząc nogami i sapiąc okropnie podszedł do biurka i położył teczkę na biurku, jak to zawsze robił. Jego gałki oczne były puste, bez tęczówek. Nauczyciel omiótł wzrokiem wszystkich uczniów. Odsunął się trochę od biurka. Teraz stał w tym samym miejsu, w którym dwa dni temu leżał martwy.
Wszyscy wymieniali się spojrzeniami. O co chodziło? Fogg nie umarł? Chyba, że ożył. Nagle Dennis wrzasnął:
-On jest zombi!
I cała klasa zwróciła się najpierw ku Dennisowi, a potem ku Foggowi. I wszystkich ogarnęła myśl, że chłopak ma rację. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że martwy nauczyciel nagle pojawia się w klasie? Najwyraźniej w jego umyśle zostało parę wspomnień i dlatego przyszedł nieświadomie na lekcję.
Fogg wpatrywał się w Dennisa pustym wzrokiem. Przez chwilę wyglądał tak, jakby miał do niego podejść. Nauczyciel zrobił krok do przodu, znajdując się tuż przy Harriet, która siedziała w pierwszej ławce. Moja przyjaciółka pisnęła cichutko, raczej niechcący i odsunęła się od historyka, który złapał ją za ramię. Dziewczyna spojrzała się na nauczyciela przerażona. Fogg podniósł jej rękę i szybko się w nią wgryzł. Harriet wrzasnęła z bólu i przerażenia.
Nagle, Dennis porwał wielką encyklopedię z biurka nauczyciela i grzmotnął w historyka w ramię tak, że natychmiast padł, a z jego czaszki poleciała krew i po sali rozniósł się potworny smród. Harriet stała chwilę z ręką w powietrzu, a potem zemdlała do tyłu, na Dakotę, która siedziała z nią w ławce.
W tej samej chwili wszedł nowy nauczyciel historii. To musiało być dziwne, po raz pierwszy wejść do klasy i zobaczyć ucznia trzymającego encyklopedię w rękach, zemdlałą Harriet, kałużę krwi na podłodze i martwego nauczyciela ze zmiażdżoną czaszką. I do tego uczniów stojących w swoich ławkach bez ruchu, z przerażeniem na twarzach. Nic dziwnego, że jeszcze tego samego dnia złożył wypowiedzenie.
Dyrektorka zwolniła nas ze wszystkich zajęć do końca tygodnia. Wracałam razem z Dakotą i Jill, bo Harriet zabrało pogotowie. Wszyscy uczniowie także zostali zwolnieni. Podczas spaceru do domów jakoś niespecjalnie chciało nam się rozmawiać. Każda z nas myślała o tym w inny sposób i potrzebowałyśmy czasu, żeby najpierw samodzielnie to przemyśleć. Trochę głupio było iść w totalnej ciszy, ale rozmawianie o tym, co dziś się stało, było bez sensu, a udawanie, że nic się nie dzieje raczej nie udałoby się za bardzo. Wszelkie próby rozpoczęcia rozmowy skończyłyby się klęską.
Szłyśmy w ciszy, gdy dołączył do nas Dennis. I zaczął gadać o zombi, że ciągle miał na dzieję na rozpoczęcie się apokalipsy zombi, a teraz, kiedy wszystkim to grozi, nie ma kompletnego pojęcia, co robić.
-Nie mogę zacząć chodzić z pistoletem po mieście i strzelać do wszystkich jak w grach. Wyobrażałem sobie, że któregoś dnia nagle masa trupów zaleje miasto i będzie trzeba walczyć. Ale teraz... mamy do czynienia z jednostkami, w dodatku chyba mającymi wspomnienia, bo wracają do miejsc swojej śmierci.
- A co jak Harriet się zarazi? W końcu Fogg ją ugryzł, a z komiksów wiem, że choroba przenosi się przez ugryzienie... -wtrąciła Dakota
- I to jest chyba najważniejsza rzecz, o którą możemy się martwić. Jeżeli Harriet zachoruje, będzie trzeba zniszczyć jej mózg, żeby nie dopuścić do tego, że będziemy musieli oglądać chodzącego trupa naszej koleżanki.
Szłam cicho, patrząc na ziemię i rozmyślając nad tym, co mówili. Jeżeli mieli rację i rzeczywiście chodziło o zombie, jakie znali z komiksów i filmów, to Harriet mogła się zarazić od Fogga.
Mój dom był najbliżej szkoły, dlatego jako pierwsza opuściłam naszą grupę. Zjadłam obiad, odrobiłam lekcje, które zdążyli nam zadać i poszłam oglądać telewizję. Usiadłam wygodnie na fotelu, przykryłam się kocem i włączyłam telewizor. Akurat leciały wiadomości. Normalnie przełączyłabym kanał, ale coś przykuło moją uwagę. Kamera dziennikarzy skierowana była na grupę ludzi, którzy próbowali się dostać do samochodu, w którym siedział przerażony mężczyzna. Nagle dotarło do mnie: to była zorganizowana grupa zombie, starająca się pożreć faceta uwięzionego w metalowej puszce. Prezenterka zaczęła mówić. ‘W centrum miasta rozprzestrzenił się wirus, przez którego ludzie, którzy umierają ożywają i jedzą ludzi. Większość osób nazywa to zjawisko zombi. Naukowcy obawiają się, że wirus rozprzestrzeni się na całym obszarze kraju, a potem w całej Europie, ogarniając świat. Na razie chodzących trupów udokumentowano tylko w większych miastach. Objawy, po których można poznać zarażenie to zanik wzroku, omdlenia, deja vu lub tracenie nad sobą kontroli.’ Po tych słowach wyłączyłam telewizor. Miałam nadzieję, że obejrzenie telewizji trochę mnie uspokoi i odciągnie od zmartwień, ale uzyskałam odwrotny efekt. Zaczęłam się jeszcze bardziej bać. Wyłączyłam program, więc nie dowiedziałam się, czy wirus przenosi się także przez ugryzienie.
O 18 wróciła mama. Powiedziałam jej, co się stało w szkole. Opowiedziałam o Harriet i o programie telewizyjnym, który obejrzałam. Matka włączyła telewizor, akurat nadawano powtórkę wiadomości. ‘Naukowcy obawiają się, że...’ - tyle zdążyłam usłyszeć, a potem poszłam do swojego pokoju. Zadzwoniłam do Jill.
- Oglądasz wiadomości? - Jill zaczęła pierwsza.
- Widziałam wcześniej.
- Matko, to straszne, co się dzieje. Philip uważa, że nie powinnam się martwić, bo nas to nie dosięgnie. Ale opowiedziałam mu o Foggu i teraz mój brat mówi, że Harriet zamieni się w zombi wcześniej czy później i że nie ma już dla niej nadziei.
- Gadałaś z Dakotą?
- Tak, ciągle płacze i się martwi, bo jej tata nie wraca już od dwóch godzin. Boi się, że coś mu się stało. Jej matka próbuje ją uspokoić, że jej ojciec został w pracy, żeby nie zostawiać nic na jutro, ale nie dociera to do niej.
- Biedna... Nie chciałabym być na jej miejscu.
- Chyba nikt nie chciałby. Moi rodzice są teraz w Turcji, mam nadzieje, że tam wirus nie dotarł.
- W wiadomościach mówili, że tylko w niektórych państwach Europy panuje zombi, więc może w Turcji są bezpieczniejsi niż byliby tutaj.
- Może masz rację. - głos Jill był jeszcze bardziej smutny niż na początku rozmowy.
- Dobra, kończę. Mama mnie woła. Trzymaj się.
- Pa.
Zeszłam szybko na dół. Mama stała w kuchni z filiżanką kawy. Wyglądała na zmartwioną. Podeszłam do niej i uśmiechnęłam się.
- Zobaczysz, niedługo jacyś naukowcy wynajdą lekarstwo i będzie po wszystkim.
Mama odwzajemniła uśmiech.
- Tak, pewnie tak.
Resztę dnia spędziłyśmy grając w Monopoly i pijąc gorącą czekoladę. Poszłam spać o 22. Następnego dnia spałam do 12. Ubrałam się, zjadłam śniadanie i poszłam na rower. Jeżdżąc, spotkałam Dakotę z Jill. Zatrzymałam się i chwilę gadałyśmy o wszystkim i o niczym, tak jakby żadna z nas nie pamiętała o wirusie zombi. Nie było sensu się przejmować, skoro i tak nie mogłyśmy na to poradzić. Trzeba było czekać aż ktoś z góry coś zrobi. Rozstałyśmy się i pojechałam do domu. Cały piątek spędziłam na graniu na komputerze.
W poniedziałek w końcu trzeba było iść do szkoły. Oczywiście, wiele osób z naszej klasy było nieobecnych. W szkole dowiedziałam się, że Harriet została wypisana ze szpitala. W tej chwili była u siebie w domu. Razem z Dakotą postanowiłyśmy odwiedzić ją po lekcjach.
Harriet mówiła, że czuje się bardzo dobrze. Żartowała i skarżyła się na beznadziejne jedzenie w szpitalu. Jej ręka była owinięta bandażem, który miała zmieniać co dwie godziny, po smarowaniu rany środkiem dezynfekującym. Po dwóch godzinach opuściłyśmy Harriet i obiecałyśmy, że wrócimy jutro. We wtorek miałyśmy aż 7 lekcji, więc nasza przyjaciółka musiała trochę na nas czekać.
Kiedy dotarłyśmy do jej domu porozmawiałyśmy chwilę i dowiedziałyśmy się, że już jutro będzie w szkole. Ucieszyłyśmy się i zostawiłyśmy ją samą.
Do szkoły szłam w świetnym nastroju. Harriet trochę się spóźniła. Nie była zbyt rozmowna i nie patrzyła nam w oczy. Zachowywała się dziwnie. Na matematyce zasnęła, ale postanowiłam jej nie budzić. Podeszłam do tablicy, by zacząć rozwiązywać zadanie, kiedy nagle Harriet wstała. Jej oddech był płytki i świszczący. Pani Grabs zerwała się z miejsca.
- O nie - zdążyła wyszeptać
I wszyscy uświadomili sobie, co właśnie się działo. Harriet zamieniła się w zombi.